Autor Wątek: Wisłą z Torunia do Gdańska  (Przeczytany 2273 razy)

Maj 15, 2015, 16:22:22
  • Nowy Użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 12
    • Wrocław
  • Akwen: Dolna Odra i Zalew Szczeciński
REJS   WISŁĄ  Z  TORUNIA   DO  GDAŃSKA

Kiedyś gdy jak zwykle w wolnej chwili coś grzebałem przy mojej łódce zwanej przeze mnie „kuter” moja żona (Marysia ) rzekła : ciągle ciebie nie ma , siedzisz przy tej łodzi i co ja z tego będę miała ? 
Ja przekorna dusza jej na to : ” zabiorę ciebie na rejs tym kutrem „.
 A moja Marysia : ” a dokąd mnie zabierzesz ? „ ,
 ja  : „a dokąd byś chciała ? „ . Marysia pomyślała chwilę   i palnęła coś co wydawało się jej całkowitą fantazją niemożliwą do zrealizowania przeze mnie : „chciała bym popłynąć Wisłą z Torunia do Gdańska „. Ja na to :” a w Gdańsku to dokąd ? „ , Marysia znowu pomyślała , popuściła wodze fantazji i mi z grubej rury ( coś co wydało jej się absolutną fantazją fantastyczną )
 „ … pod żuraw Gdański….” . Ja na to : proszę bardzo , przyjąłem do realizacji . I tak to się zaczęło .
 Jak zwykle bywa łajba nie była jeszcze ukończona , brak było odpowiedniego silnika dla takiej łodzi , takiej wyprawy i takich warunków podróży , jednak pomyślałem sobie że rejs ten odbywać będzie się z nurtem Wisły , spokojnym tempem spacerowym , więc silnik w zasadzie służyć będzie tylko do nadania prędkości łodzi zapewniając jej sterowność i wykonywanie manewrów . Biorąc pod uwagę prędkość nurtu Wisły ok. 5 km/godz i pracy silnika , łajba powinna osiągnąć prędkość marszową ok. 12 km/godz . Prędkość taka była dla mnie satysfakcjonująca i zapewniała teoretycznie przepłynięcie zaplanowanej trasy w ciągu  około pięciu – sześciu dni . Oczywiście wyliczenia te były realne pod warunkiem że podróż będzie odbywała się bez nieplanowanych dłuższych postojów spowodowanych przez tz złośliwość materii . Tak więc w sierpniu 2011 roku załadowałem do samochodu Marysię , córkę Natalię i psa rasy airedaileterier o imieniu Dżek  oraz na przyczepkę mój kuter oraz silnik
( dwusuwowy Johnson 6 KM lat ok. 30)  , trochę  prowiantu , trochę benzyny , sporo narzędzi ( na „w razie czego”) , pościel i jeszcze jak zwykle na taką podróż 1000 drobiazgów , z czego oczywiście 999 jest niepotrzebnych , ale gdy są na pokładzie człowiek jest spokojny , humor lepszy , a świat piękniejszy . Poza tym gdy mamy te bambetle na pokładzie ( które zawalają wszystkie możliwe skrytki ) żadna awaria nam się nie wydarzy , jednak jak nam przyjdzie do głowy nie brać na rejs tych bambetli to oczywiście awaria za awarią i to oczywiście banalnie łatwe do usunięcia pod warunkiem że mamy ze sobą nasz niezbędniczek składający się z owych 1000 drobiazgów . 
Tak więc naszym domem na następny tydzień mała zostać łódż motorowa ,kabinowa , płaskodenna o dł. Ok. 6 m , szerokości ok. 2 m , wadze ok. 600 kg dużą koją 2/3 osoby , pomieszczeniem WC z toaletą chemiczną , kuchenką na butan-propan , zlewozmywakiem , z oknami otwieranymi ale zamykanymi nieszczelnie , kokpitem w którym znajdował się fotel sternika i kanapa 3 osobowa na rufie . Sterowanie łodzi było kołem sterowym z kokpitu , ale sterowanie gazem z tylnej kanapy ręcznie na rumplu silnika . Miałem podłączyć gaz do manetki , ale zabrakło części , kasy lub pomysłu . Już nie pamiętam jakie były proporcje tej „niemożności” ale faktem jest że ten dziwny dla niewtajemniczonych system polegający na tym że  samozwańczy kapitan ( tz. Ja ) zarządzał kołem sterowym i w miarę możliwości zeskakiwał z fotela aby dodać lub odjąć gazu , ewentualnie wyłączyć lub odpalić silnik . Pierwszy oficer – Marynia miała za zadanie oczywiście w miarę chęci ( na model – „Marysiu czy mogłabyś dodać gazu ?”) , gdyby Marysia nie miała chęci to drugi oficer – córka Natalia lat 14 miała być PO pierwszego oficera ( oczywiście także w miarę chęci ) , no i jedyny majtek na pokładzie mój piesiu Dżek miał same przywileje i jedynym jego obowiązkiem było trzymać mordę w kubeł i nie zawracać gitary walczącej o życie załodze .
Jako że jestem Toruniakiem z urodzenia i jeszcze trochę , ale w tym pięknym mieście nie mieszkam już ładne parę , no może kilkadziesiąt lat , mam ciągle wielki sentyment do tego miasta i wiele wspomnień z nim związane . Miałem także wielu przyjaciół , ale brak kontaktu spowodowany przysłowiowym „gonieniem własnego ogona” , czyli pogoni za dobrami doczesnymi z powodzeniem wygasił wszystkie dawne przyjażnie/znajomości . Jednak jakiś czas przedtem odświeżyłem kontakt z moim  dobrym kolegom z lat cielęcych ( które u mężczyzn jak wiadomo trwają nawet do 60 , w skrajnych wypadkach do śmierci )  Stachem  .  Tak naprawdę zostawiłem w Toruniu małolata ( 23 lata ?! ) a zastałem po czasie Pana Stanisława – nobliwego , dojrzałego pana zawiadującego klubem żeglarskim , komandora regat Toruń – Bydgoszcz , etcetera , etcetera. Kiedyś szalony gość z którym realizowaliśmy pomysły zupełnie nie do zrealizowania , robiliśmy rzeczy które dzisiejsze dzieciaki oglądają w Hamerykanskich gierkach komputerowych . Takie rzeczy robiliśmy oczywiście na co dzień , a od święta to wykonywaliśmy lepsze numery . Ale to już było i nie wróci więcej i choć lat przybyło……….. ( tak o tym śpiewa Maryla ) ale to oczywiście gó….no prawda .
Tak więc szacowny kolega wraz z szacowną swoją Małżonką przywitali nas uroczystą kolacją . Co prawda rozmach tej kolacji i ich serdeczność zastanawiała mnie trochę , ale nie zdawałem sobie sprawy z tego , że oni znając moje doświadczenie pływania po Wiśle ( ten raz był moim pierwszym razem po Wiśle ) , mieli dosyć uzasadnione przypuszczenie że może ostatni raz się widzimy na tym marnym padole . Następnego dnia postanowiliśmy ruszyć w rejs . Koniec opierniczania się i mamziania .
Nadejszła wiekopomna chwila !
Chcieliśmy zwodować nasz kuter w przystani AZS – miejscu z mojej młodości w którym wodowane były dziesiątki kajaków sportowych i łodzi żaglowych . Przystani położonej najbliżej starówki i mostu drogowego . Znanej także z łabędzi w czasie szaleństwa ptasiej grypy – kiedy wymordowano wszystkie te ptaki zimujące w przystani dla zbawienia świata .
Jednak Staszek będący na czasie z warunkami wodnymi w Toruniu orzekł że jest tam za płytko na wodowanie mojego kutra , a miejscem do tego odpowiednim jest przystań „Towimoru” w tz, Porcie Drzewnym . Jest to tak naprawdę zatoka Wisły nad którą w ostatnich latach wyrósł kompleks Wyższej Szkoły Dziennikarstwa i Kultury Medialnej o. Rydzyka .
Kuter został z powodzeniem wodowany ok. południa . Sprzęt sprawdzony wzrokowo . Decyzja – ruszamy . Żegnał nas Stanisław wraz z osobistą małżonką . Przed samym odbiciem Stanisław spytał mimochodem „…. wszystko zabrałeś? „  , ja na to – chyba wszystko . A Stachu -  „ a łopatę wziąłeś? ” , ja – a po cholerę mi łopata . Nie powiedział nic tylko uśmiechnął się .
Ruszyliśmy. Łajba pierwszy raz na wodzie pod moim zarządem . Na początku nie mogłem opanować steru – łajba kreci się jak ona chce , wcale mnie nie słucha , wywijam różne esy floresy , eski , zygzaki itp. Za czorta nie mogę wyprowadzić łajby w kurs prosty . Szalona prędkość ok. 7 km/godz nie pozwala mi opanować kutra . Mało nie przywaliłem w Omegę stojącą zresztą na bojce . W końcu udało się , to ja panuję nad łajbą , a nie ona nade mną .

edit - poprawiłem tytuł
« Ostatnia zmiana: Maj 15, 2015, 16:54:17 wysłana przez musti »

Maj 15, 2015, 16:23:49
Odpowiedź #1
  • Nowy Użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 12
    • Wrocław
  • Akwen: Dolna Odra i Zalew Szczeciński
Jedziemy .  Woda w Porcie Drzewnym jest stojąca , akwen osłoniony z obu stron wałami od wiatru . Długość Portu Drzewnego to ok. 3 km . Moim kutrem to ponad ½ godziny żeglugi . To dobrze myślę , przez ten czas oswoję trochę kutra i on przyzwyczai się do mnie , a może nawet uzna moje zwierzchnictwo . Podziwiam przyrodę od strony wody , jest spokojnie , romantycznie i pięknie . Wiele razy w dzieciństwie i młodości byłem w tych miejscach , ale zawsze od strony lądu . Z wody wygląda to zupełnie inaczej . Po ok. 30 minutach dochodzimy do ujścia Portu Drzewnego . Stanisław ostrzegał mnie że może być płytko , a nawet bardzo płytko i mogę mieć problem z przejściem . Zmniejszyłem prędkość i uważam bardzo . Przeszedłem . Jest ok. . Kierunek Gdańsk . Zaplanowany etap na dziś – dotrzeć do ujścia Brdy i zacumować gdzieś w Brdyujściu . Zapomniałem dodać że moimi pomocami nawigacyjnymi były: drogowa mapa Polski i GPS drogowy . Nie posiadałem lornetki , sondy głębokości , logu , plotera map wodnych , papierowych map szlaku wodnego , ani innych tym podobnych „głupstw” . Jako że łajba była dosyć stabilna , ufałem że damy rady . I to w gruncie rzeczy na tym zaufaniu oparte było naiwne przekonanie o sukcesie .
Wyszliśmy na Wisłę , piękna rzeka . Dzika , nikt nie ścina wikliny , nikt nie naprawia główek , tylko nieliczni wędkarze na brzegach . Na wodzie ani żywego ducha . Za to wieje . Mocno wieje . Powiedziałbym że bardziej jak na dworcu w Kielcach . No i kto zgadnie z jakiego kierunku ??? 
No oczywiście prosto w mordę . Ewidentny wmordęwind . Mój kuter ze swoją nadbudówką jest dosyć wysoki , stawia duży opór powietrza . Silnik 6 KM nawet z nurtem rzeki nie daje rady rozwinąć rozsądnej prędkości . A jest ok. godz 14 . Dopłyniecie do Brdyujścia pozostaje poza moim zasięgiem . Nie chcę wracać do Portu Drzewnego . Szybka decyzja i postanawiamy płynąć w przeciwnym kierunku tj do Torunia . Zacumujemy w przystani AZG koło bulwarów i starówki i pochodzimy sobie wieczorem po starówce , a jutro z pewnością będzie zmiana pogody . Przecież tu nie Kielce i nie może ciągle tak pi….ć . Robię zwrot w górę Wisły i płyniemy . Idzie po japońsku czyli jako-tako . Brzegi przesuwają się do tyłu więc płyniemy . Szału nie ma . Jednak po krótkim czasie silnik zaczyna dusić się . Jest ustawiony na ok. ¾ gazu . Było dobrze . Benzyna- mieszanka jest , gazu nikt nie ruszał , zbiornik paliwa nowy , nigdy nie używany . Co prawda zbiornik paliwa jeszcze  ze starych moich zapasów . Produkcji światowej potęgi przemysłowej i myśli technicznej ( made in CCCP ) . Ale nowiutki , bez śladów korozji . Jaki diabeł powoduje duszenie się silnika na dużych obrotach ? . Zmniejszam obroty silnika – chodzi równo . Zwiększam obroty – przerywa . Delikatnie zmniejszam do momentu aż obroty wyrównają się . Chodzi równo , ale jest problem – chodzi równo na ok. 40 % mocy . Prędkość pod prąd przy tych obrotach spadła do ok. 1 do 2 km/godz. Do przystani AZS mamy ok. 9 km . Myślałem że jakoś silnik się rozbuja , że to chwilowa jego fanaberia . Przecież pływałem z nim i nie było nigdy problemów . Popychał dwutonową łódkę w Chorwacji i nigdy mnie nie zawiódł . Płynę , idzie jak przysłowiowa krew z nosa albo jeszcze gorzej . Zaczyna szarzeć a ja mam już niedaleko , już widać , ale nurt jest jeszcze szybszy . Jest godzina ok.23  . Jasna Anielka , jak ja wejdę do przystani po nocy . Tam nie ma żadnych świateł , a ja nie mam także oświetlenia . Przy wejściu jest silny nurt , betonowe nadlewki  , zatopione kamienie i części betonu , a przed wejściem będę miał główkę z różnymi niespodziankami . Ale już nie mam wyboru  . Na wysokości wejścia do przystani moja prędkość była prawie równa z szybkością nurtu . Walczę o każdy metr . Jest ciemno jak w przysłowiowej d…… Murzyna . Momentami chyba jeszcze ciemniej . Minąłem główkę przed wejściem do przystani . Na główce siedzą wędkarze . Słyszę męskie głosy i jakiś jeden damski . Główka jest szerokości chyba ok. 5 metrów ja na minięcie jej zmarnowałem chyba 15 minut . Nurt był w tym miejscu tak szybki że myślałem że nie dam rady . Ale nie było innego wyjścia jak tylko pchać się do przodu . Udało się , wszedłem do przystani i o dziwo przy zupełnym zmroku i nieznajomości akwenu udało się bezawaryjnie . Byliśmy wszyscy tak wykończeni tą stresową sytuacją , że po szybkim siku położyliśmy się spać . Pierwsza noc w kutrze . My w trójkę na koi . Pies w kabinie na podłodze . Nie zdążyliśmy zasnąć jak słyszymy jakieś zbliżające się głosy . Jest zupełnie ciemno ale gdy podniosłem się widzę zbliżające się ogniki papierosów i głos męski i damski . Para weszła na pomost do którego byliśmy przycumowani . Okazało się że żulo-wędkarze postanowili okraść łódż . Myśleli że zacumowaliśmy łódż i poszliśmy do miasta - stąd ich natychmiastowy złodziejski atak . Byłem zmęczony i zirytowany tym że w moim kochanym Toruniu byle żule wystawiły memu miastu marną opinię przed moją rodziną . Nie ruszałem się , psu przykazałem leżeć . Czekałem aż wejdą na łódż , myślę  „ jak wiosłem przy………. to do wody szmaciarzu wpadniesz” . Już mieli włazić na łódkę i nagle ta żulo/dama mówi : ty , tam w środku ktoś jest  . I żulostwo dało w nogi , a my po chwili zasnęliśmy .
Następnego dnia z rana moje dziewczyny skorzystały z okazji i poszły „ na chwilę” na starówkę .
Jasna cholera , ile może trwać chwila ?  . Czy cały dzień składa się z dwóch chwil ?
Wróciły ok. 12 .
 
Ja w tym czasie skupiłem się na spacerowaniu z psem i rozmyślaniom o moim silniku . Co też go boli ?  Nie rozbierałem nigdy gażnika tego silnika . Wolałem go nie ruszać . Efekt rozmyślań był następujący : pod prąd ledwo dychał , ale szybkość nurtu to ok. 5 km/godz . Czyli musiał dawać co najmniej 6 km/godz . Płynąc z nurtem 6+5 = 11 .  A 11 km/godz jest dobrze. Wracać pod prąd więcej nie zamierzam , to po co ryzykować z rozbieraniem gażnika . Może to wcale nie gażnik . Jeszcze zgubię jakąś część i będzie po ptakach – czyli po rejsie . Pod koniec moich rozmyślań wpadł do przystani Staszek złożyć mi kondolencje w związku z pierwszym dniem rejsu , oraz wręczył mi przewodnik-atlasik drogi wodnej Toruń-Bydgoszcz , wydany w związku z tradycyjnymi regatami na tej trasie .
OK. 13 ruszyliśmy . Tym razem Neptun słodkich wód spowodował ładną pogodę , mały wiaterek – wymarzone warunki do żeglugi . Szybko osiągnęliśmy wysokość Portu Drzewnego . Łódka miała małe zanurzenie . Myślę że ok. 40 cm . Jednak początkowo płynąłem trzymając się oznakowania na brzegach .  Jednak po jakimś czasie uznałem to  zygzakowanie wg sprzecznych często ze sobą oznaczeń za zbędne przy Miom małym zanurzeniu . Zaufałem jak każdy zarozumialec swojemu doświadczeniu ( pierwszy raz na Wiśle ) oraz Szczęśliwej Gwieżdzie .
 Zasuwam prosto prawie środkiem koryta jednak bacznie obserwując wodę i ewentualne przeszkody . Idzie dobrze , jednak pomimo starań kilkakrotnie usłyszałem dziwny odgłos pracy silnika który okazał się delikatnym ocieraniem śruby o podwodną łachę . Na środku rzeki 30 cm !!! . No cóż jeśli przez kilkadziesiąt lat nie pogłębia się Wisły to musiało to nastąpić . Kiedyś w latach 70 na Wiśle cały czas pracowały pogłębiarki , barki pływały co chwilę , żaglówki i kajaki na rzece to był codzienny widok . Na brzegach pełno ludzi opalających się i wędkarzy . Brzegi ze ściętą wikliną poustawianą w sterty jak kiedyś snopki zboża . Z tej wikliny robiło się tz materace do umacniania brzegów rzek i budowy główek zwanych też ostrogami . Teraz z tej wikliny powyrastały wierzby grube , wielkie , kruche , spróchniałe , połamane .Rzeka pusta , ani żywego ducha . Tylko w okolicach miejscowości leżących przy rzece nieliczni wędkarze .
Dobrze się nam płynie , pogoda piękna , ale nie znam rzeki , mapy nikt nit śledzi , na lewym brzegu jakieś zabudowania . Coś mnie zaniepokoiło . Co to za zatoka na lewym brzegu . Skąd na niej takie warkocze wodorostów ?   Ożesz ty , czy to nie Brda ? Staję pod prąd , ale jestem już 200 m za tą „zatoką” Marynia szuka mapy . Tak to Brda . Ale już o wróceniu nie ma mowy . Nurt za szybki dla kutra . Co robić ?  Płyniemy dalej . Gdzieś będzie miejsce to zacumujemy na nocleg .
Pierwsze rozsądne miejsce wypadło za mostem w Fordonie . Przy lewym brzegu swoją bazę mają służby utrzymania szlaku wodnego . Stoi barka , mały holownik , na brzegu jakiś baraczek warsztatowy . Jest wyjście do miasta . Dobre miejsce . Stajemy . Ale jak ?  Z barki woła nas stróż abyśmy zacumowali do barki . Jednak barka stoi w nurcie . Myślę  : będzie kutrem tłuc o barkę , szkoda kutra i spanie będzie niespokojne . Jest ładny łagodny brzeg z małą plażą , od niego ścieżka do miasta . Ładne miejsce i z psem można wyjść bez problemów . Decyzja – dobijamy do brzegu i cumujemy do drzewa . Dobiliśmy do małej plaży z bardzo łagodnym piaszczystym brzegiem . Zgasiłem silnik . Fajnie jest . Zaniepokoił mnie tylko ledwo słyszalny dżwięk dobiegający z okolicznych krzaków – takie  zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz . Ale nie daleko był most drogowy więc dźwięk ten kojarzyłem z przejeżdżającymi mostem pojazdami

Maj 15, 2015, 17:00:35
Odpowiedź #2
  • Administrator
  • *****
  • Wiadomości: 5396
  • Motorowodny Sternik Morski
    • Szczecin
  • Akwen: Dolna Odra i Zalew Szczeciński
Fajnie opisane, przydałyby się jakieś fotki... 8)
Pzdr,
Arek

Eurocrown 195CCR + Mariner Optimax 135

Maj 15, 2015, 18:36:53
Odpowiedź #3
Zrobiło się ciekawie :D
Rozumiem, że ciąg dalszy nastąpi....
Jednak aby spełnić życzenie Mustiego (i to jeszcze z jego pomocą :P) to  dodam kilka fotek z Wisły- oczywiście z odcinka w rejonie Warszawy.....

Maj 16, 2015, 12:07:06
Odpowiedź #4
  • Nowy Użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 12
    • Wrocław
  • Akwen: Dolna Odra i Zalew Szczeciński
Dzisiaj jadę do Holandii , wracam za 2 tygodnie  i wtedy będzie ciag dalszy . Oczywiscie jak podczas tego rejsu Neptun nie wezwie mnie do siebie na służbę .
Ahoj